Wjazd od strony Poznania nie zapowiada niczego nadzwyczajnego – szare bloki, kominy elektrowni na horyzoncie, fragment obwodnicy nad którą drży upał. A potem ktoś skręca w aleję prowadzącą do parku i nagle stoi po kolana w bzach, między lipami tak starymi, że pamiętają czasy, gdy pod Koninem zaczęto kopać pierwszy węgiel.
Konin ma w Polsce opinię jednoznaczną – miasto węgla brunatnego, kominów i odkrywek. Przez ponad siedemdziesiąt lat kopalnia definiowała nie tylko krajobraz, ale i tożsamość tego miejsca. Tymczasem pod fasadą przemysłowej przeszłości kryje się miasto, w którym tereny zielone zajmują ponad dziewięćdziesiąt hektarów, a z okien bloków widać sarny przechodzące spokojnie przez park. To historia o tym, jak miasto uczy się żyć po węglu – i jak przyroda wraca tam, gdzie nikt jej nie zapraszał.
Park, który pamięta więcej niż kopalnia
Najstarszy park miejski w Koninie nosi imię Fryderyka Chopina, choć nie wiadomo, czy kompozytor kiedykolwiek tu dotarł. Ma to jednak drugorzędne znaczenie – park istnieje dłużej niż konińskie górnictwo i będzie istniał długo po nim. Rozciąga się w samym sercu miasta, nad Wartą, oferując coś, czego nie sposób wyczytać z żadnej statystyki – ciszę przerwaną jedynie stukotem dzięcioła i pluskiem ryby wyskakującej z wody przy bulwarze nadwarciańskim.
Główna pętla spacerowa ma zaledwie kilometr i dwieście metrów, ale na tym dystansie zmienia się wszystko. Od starych lip i kasztanowców w części reprezentacyjnej, przez siłownię zewnętrzną ukrytą między drzewami, po dzikie zarośla nad samą rzeką, gdzie w trzcinach gnieżdżą się łyski (Fulica atra) i kokoszki wodne (Gallinula chloropus). Park Chopina to żywy dowód na to, że zieleń w mieście węglowym nie jest paradoksem – jest po prostu starsza niż kopalnia.
Ale Konin ma w rękawie coś więcej niż jeden stary park. Na terenie miasta funkcjonuje sześć parków o łącznej powierzchni, która wielu przyjezdnych wprawia w osłupienie. Park 700-lecia, tereny zielone na osiedlu Sikorskiego, zieleń na Laskówcu i Łężynie – każdy z nich ma inny charakter, ale wszystkie razem tworzą sieć zielonych płuc, które oddychają za miasto przyzwyczajone do zapylenia.
Kieszenie pełne zieleni
W ostatnich latach Konin przeszedł transformację, o której mało kto słyszał poza regionem. Program Zielonych Korytarzy Miejskich – bo tak oficjalnie nazywa się ta zmiana – zaplanował dwadzieścia trzy odcinki zieleni o łącznej długości siedemnastu kilometrów, przebiegające przez całe miasto. Do tego dwa parki kieszonkowe i sześć zielonych podwórek miejskich, z których każde ma swój temat przewodni – woda, powietrze, człowiek jako część natury.
Park kieszonkowy przy ulicy 11 Listopada na piątym osiedlu to miejsce, które jeszcze kilka lat temu było kawałkiem zaniedbanego betonu. Dziś rosną tam lawenda wąskolistna (Lavandula angustifolia), ostnica włosowata (Stipa capillata), proso rózgowate (Panicum virgatum) i trzcinnik ostrokwiatowy (Calamagrostis acutiflora). Suchy potok – element małej retencji – zbiera wodę deszczową, zamiast pozwalać jej uciekać do kanalizacji. Nowe ławki stoją między donicami z funkcją redbox, które są elementem miejskiej gry edukacyjnej o ekologii. To nie jest park w tradycyjnym sensie – to raczej manifest, że nawet na osiedlowej pustce da się stworzyć coś, co tętni życiem.
Podobne metamorfozy przeszedł teren przy amfiteatrze, osiedle Diamentowe, Chorzeń i plac Wolności. Na rondach, które jeszcze niedawno były wybetonowane do ostatniego centymetra, pojawiły się nasadzenia bylin i traw ozdobnych. Przy ulicy Wyszyńskiego wyrósł mini park kieszonkowy. W planach są wieże kwiatowe, pojemniki z kwiatami na latarniach, a lipy posadzone przed historycznym budynkiem w centrum za kilka lat stworzą naturalną strefę cienia.
Siedemnaście kilometrów zielonych korytarzy to odległość, którą można pokonać na rowerze w niecałą godzinę. Ale ich prawdziwa wartość nie tkwi w długości – tkwi w tym, że łączą ze sobą Park Miejski z jednej strony miasta z zalesionymi hałdami pokopalnianymi na Zatorzu z drugiej, a po drodze zaczepiają trzydzieści mniejszych parków i skwerów. Konin zaczyna się zszywać zielenią tam, gdzie wcześniej był rozszarpany asfaltem.
Jezioro, którego nie powinno tu być
Kilkaset metrów od zabudowań miejskich, przy ulicy o wymownej nazwie Brunatna, leży jezioro Czarna Woda. Potocznie nazywane Czarnym, jest jednym z sześciu zbiorników pokopalnianych, które powstały w rejonie Konina po zakończeniu wydobycia na kolejnych odkrywkach. Jego głębokość sięga trzydziestu metrów – to więcej niż wiele naturalnych jezior Pojezierza Gnieźnieńskiego. Zbiornik ma charakter tak zwanej miski, co oznacza, że dno gwałtownie opada już kilka metrów od brzegu.
Kąpiel jest tu zabroniona – muliste, zdradliwe dno nie wybacza. Ale wędkarze i spacerowicze odkryli to miejsce dawno temu. Wzdłuż całego obwodu rozłożone są kładki i pomosty, a woda jest tak przejrzysta, że wzbudza zainteresowanie nawet płetwonurków. Dla przyrodnika najciekawsze jest jednak to, co dzieje się na powierzchni i wokół niej. Pokopalniane jeziora zaskakująco szybko stają się siedliskiem ptaków wodnych – łabędzi, perkozów, łysek – oraz ryb, które nikt tu nie wpuszczał. Przyroda kolonizuje te zbiorniki z uporem, którego żaden program rewitalizacji nie jest w stanie naśladować.
Obok Czarnej Wody leży Jezioro Turkusowe i Jezioro Zatorze – każde o innym kolorze wody, każde o innej historii. Zatorze powstało w miejscu jednej z najstarszych odkrywek, która zakończyła pracę jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Od tamtej pory minęło ponad pół stulecia i dziś nic nie zdradza przemysłowej przeszłości tego miejsca – drzewa nad brzegiem mają kilkadziesiąt lat, a w szuwarach słychać żaby i trzcinniczki.
Wielkie jezioro, które nadchodzi
Ale prawdziwy rozmach konińskiej transformacji wodnej rozgrywa się kilkanaście kilometrów na północ od centrum, w Kleczewie. Tam, gdzie jeszcze niedawno odkrywka Kazimierz Północ wyglądała jak krajobraz księżycowy – setki metrów odsłoniętej ziemi, ogromne zwałowarki, hałdy nadkładu – dziś formuje się zbiornik o powierzchni ponad pięciuset hektarów i pojemności blisko stu pięćdziesięciu milionów metrów sześciennych wody.
Tempo zalewania zaskoczyło wszystkich. Pierwotne plany zakładały, że wyrobisko wypełni się wodą w ciągu dziesięciu lat. W rzeczywistości – dzięki przebudowie rurociągu, który skierował wodę z odwadniania czynnej odkrywki Jóźwin wprost do nieczynnej – proces przyśpieszył pięciokrotnie. Przeciętny wznios lustra wody wynosił na początku dwadzieścia centymetrów miesięcznie, po oddaniu drugiego rurociągu – już sto centymetrów. Historyczny poziom wód gruntowych w rejonie zbiornika odtworzono na początku 2023 roku.
Za kilka lat okolice Kleczewa mogą wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. Plany przewidują powstanie kolejnych pięciu akwenów, w tym zbiornika po odkrywce Jóźwin o docelowej powierzchni lustra wody sięgającej ośmiuset czterdziestu hektarów – to będzie największe jezioro pokopalniane, jakie kopalnia po sobie zostawi. Do tego dojdą jeszcze zbiorniki po odkrywkach Drzewce i Tomisławice. Łączna pojemność wszystkich zamkniętych i czynnych wyrobisk przekracza miliard metrów sześciennych.
To nie jest tylko kwestia retencji wodnej, choć w regionie dotkniętym wieloletnim odwadnianiem każdy metr sześcienny ma znaczenie. To przede wszystkim nowy krajobraz – pojezierze pokopalniane, które w ciągu najbliższych dekad zacznie żyć własnym życiem biologicznym. Pierwsze jeziora rekultywowane w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dowodzą, że jest to możliwe.
Miasto między kominami a koronami
Konin ma w sobie napięcie, które trudno znaleźć w innych polskich miastach. Z jednej strony – ponad siedemdziesiąt lat wydobycia węgla brunatnego, lej depresyjny obniżający poziom wody w okolicznych jeziorach, elektrownie, które przez dekady karmiły prądem pół Wielkopolski. Z drugiej – Bulwar Nadwarciański, na którym w weekendy spacerują rodziny, ogród motyli na piątym osiedlu, tulipanowce (Liriodendron tulipifera) rosnące przy nowych alejach.
Warta przepływa przez Konin spokojnie, dzieląc miasto na dwie części. Lewobrzeżna – to teren starówki, gdzie bulwary nadrzeczne pełnią funkcję promenady. Prawobrzeżna – to nowsze osiedla i tereny przemysłowe, ale i tu zieleń wdziera się między bloki z uporem, który zaskakuje nawet samych mieszkańców. Konin nie jest miastem, które wybrało się na zielono z dnia na dzień. To raczej proces trwający od dekad – park po parku, drzewo po drzewie, korytarz po korytarzu.
I może właśnie dlatego ta zieleń jest autentyczna. Nie ma w niej nic z fasadowej ekologii, z nasadzeń robionych pod inaugurację i zapominanych po tygodniu. Lipy, które rosną w Parku Chopina od ponad pięćdziesięciu lat, widziały góry węgla i kominy dymiące pełną parą. Przetrwały to. I dalej stoją.
Jak dotrzeć i co zobaczyć
Park Chopina leży w samym centrum Konina – dojście z dworca kolejowego zajmuje piętnaście minut pieszo. Bulwar Nadwarciański zaczyna się tuż za parkiem i ciągnie wzdłuż rzeki na południe. Jezioro Czarna Woda jest dostępne od strony ulicy Brunatnej – z centrum można tam dojść pieszo w dwadzieścia minut lub dojechać rowerem w kilka minut.
Parki kieszonkowe rozsiane po osiedlach warto odwiedzać bez pośpiechu. Park przy ulicy 11 Listopada na piątym osiedlu i zielone podwórko przy amfiteatrze to dobry punkt wyjścia. Zielone korytarze nie mają jednej wyznaczonej trasy – najlepiej wybrać się na rower i jechać wzdłuż któregokolwiek z dwudziestu trzech odcinków.
Warto przyjechać wiosną, kiedy nasadzenia bylin wchodzą w pełnię kwitnienia, albo wczesną jesienią, gdy trawy ozdobne nabierają złocistych barw. Konin nie jest miastem widokówkowym i prawdopodobnie nigdy nie będzie. Ale kto się tu zatrzyma na dłużej, ten odkryje coś, czego nie obiecywał żaden przewodnik – że miasto kojarzone z węglem potrafi zaskoczyć zielenią tam, gdzie nikt jej nie szukał.
