Wielkopolski Park Narodowy poza szlakiem – co widzisz, kiedy zejdziesz z trasy

Dziesięć kilometrów czerwonego szlaku imienia Adama Wodziczki, parking przy Osowej Górze, głaz z Tatr i Studnia Napoleona. Tę trasę zna każdy, kto choć raz odwiedził Wielkopolski Park Narodowy. Ale co jest za szlakiem? Co widzisz, kiedy schodzisz z utartej ścieżki na boczną dróżkę?

Zacznijmy od oczywistego zastrzeżenia: w parku narodowym obowiązuje ruch po wyznaczonych szlakach. Nie namawiam do łamania regulaminu. Namawiam do tego, żeby ze szlaku rozglądać się uważniej niż zwykle – i żeby korzystać z mniej popularnych ścieżek, których w parku jest sporo, a ludzi na nich niewiele. Bo Wielkopolski Park Narodowy to nie tylko Jezioro Góreckie z ruinami zamku Klaudyny Potockiej. To ponad siedem i pół tysiąca hektarów żywego muzeum form polodowcowych, leżącego piętnaście kilometrów od centrum Poznania.

Jezioro Kociołek – mała woda, wielka tajemnica

Spośród jedenastu jezior parku Kociołek jest tym, które najłatwiej przegapić. Ma zaledwie kilkadziesiąt metrów średnicy, ale za to osiem metrów głębokości – proporcja, która robi wrażenie. To tak zwane oczko wytopiskowe, powstałe z bryły martwego lodu, która została zasypana piaskiem i gliną, a potem powoli się stopiła, zostawiając po sobie zagłębienie w terenie. Kociołek leży w lesie, otoczony starymi grabami i dębami, ukryty przed wzrokiem przypadkowych spacerowiczów.

Na jego brzegach, w cieniu drzew, rosną gatunki roślin, które lubią wilgoć i półcień – paprocie, mchy, turzyca leśna. W wodzie żyją płazy – traszka zwyczajna i żaba trawna – a nad powierzchnią latają ważki. To miniaturowy ekosystem, kompletny i samowystarczalny, działający od tysięcy lat bez ingerencji człowieka. Jeśli chcesz zobaczyć, jak wyglądał nizinny las przed erą rolnictwa, Kociołek jest jednym z najlepszych miejsc w Wielkopolsce.

Grabina – 150-letni wzorzec

Rezerwat ścisły Grabina, o powierzchni niespełna dziewięciu hektarów, chroni najbardziej naturalny fragment lasu w całym parku. Las dębowo-grabowy, w którym trzon stanowią ponad stulecie graby, służy leśnikom i naukowcom jako wzorzec – model tego, jak powinien wyglądać naturalny grąd w Wielkopolsce. Drzewa są tu stare, krzywe, pokryte porostami. Na ziemi leży martwe drewno – powalone pnie, złamane gałęzie, pniaki w różnych stadiach rozkładu.

Martwe drewno to temat, który w ostatnich latach zyskał na znaczeniu w ochronie przyrody. W naturalnym lesie stanowi ono od pięciu do piętnastu procent biomasy. W lasach gospodarczych – ułamek procenta, bo martwe drzewa się usuwa. A tymczasem martwy pień to dom dla setek gatunków owadów, grzybów, mszaków i porostów. W Grabinie ten naturalny cykl – wzrost, obumieranie, rozkład, odnowa – zachodzi bez ingerencji. I właśnie dlatego ten kawałek lasu jest tak cenny.

Trzcielińskie Bagno – mokra strona parku

Na zachodnim skraju parku, w pewnej odległości od głównego kompleksu leśnego, leży Trzcielińskie Bagno – obszar ochrony ścisłej, chroniący wodno-błotne środowisko przyrodnicze. To miejsce dla ludzi, którzy lubią ptaki i nie boją się błota. Wieża obserwacyjna pozwala wypatrywać bąka – ptaka, który raczej się słyszy niż widzi. Jego głos to niskie, dudniące „buuu-uuump”, które niesie się nad trzcinami niczym grzmot z podziemia. Jeden z najdziwniejszych dźwięków polskiej przyrody.

Bagno to resztka dawnego krajobrazu Wielkopolski – krajobrazu mokradeł, jezior i łęgów, który dominował tu przed erą rolnictwa. Większość tego krajobrazu zniknęła pod pługiem i kopaczką melioracyjną. Trzcielińskie Bagno ocalało, bo leżało na uboczu, na piaskach, gdzie rolnictwo się nie opłacało. Dziś jest chronione – i dobrze, bo mokradła to jedne z najskuteczniejszych magazynów węgla na Ziemi. Jeden hektar torfowiska magazynuje więcej dwutlenku węgla niż hektar lasu tropikalnego.

Ozy – polodowcowe autostrady

Wielkopolski Park Narodowy leży na trasie ozu Bukowsko-Mosińskiego – piaszczystego wału o długości trzydziestu siedmiu kilometrów, usypanego przez rzekę płynącą pod lądolodem kilkanaście tysięcy lat temu. Oz to jedna z najbardziej efektownych form polodowcowych: wąski, kręty grzbiet, wznoszący się kilka do kilkunastu metrów ponad otaczający teren. Wygląda jak nasyp kolejowy biegnący przez las – tyle że nie ma torów, a „nasyp„ jest naturalny.

Z grzbietu ozu roztaczają się szerokie widoki na okoliczny las i jeziora. Ścieżka dydaktyczna „Na tropach lądolodu” prowadzi fragmentem ozu, oferując panoramę na tak zwane Szwedzkie Góry – serię wzgórz o nazwach sugerujących, kto je tu przyciągnął. Głazy narzutowe, które leżą wzdłuż trasy, mają swoje tabliczki i imiona. Ale samemu ozowi nikt nie nadał imienia. A szkoda, bo zasługuje – ta polodowcowa autostrada, po której przed tysiącleciami płynęła rzeka, jest jednym z najciekawszych elementów krajobrazu w parku.

Puszczyk – symbol, którego nie zobaczysz

Logo Wielkopolskiego Parku Narodowego przedstawia puszczyka zwyczajnego siedzącego na gałęzi dębu. To sowa, która żyje tu od zawsze, ale której prawie nikt nie widział. Puszczyk jest ptakiem nocnym, doskonale zakamuflowanym – jego szarobrązowe upierzenie idealnie wtapia się w korę drzew, na których śpi w ciągu dnia. Usłyszeć go jest znacznie łatwiej niż zobaczyć. Jego głos – przeciągłe „huuu-hu-huhuhuuu” – niesie się po lesie w bezwietrzne noce, zwłaszcza wczesną wiosną, kiedy ptaki ustalają terytoria.

Puszczyk poluje na myszy, nornice i drobne ptaki. Gniazduje w dziuplach starych drzew, co czyni go zależnym od lasów z dostateczną ilością martwego i obumierającego drewna. W parkach narodowych, gdzie martwe drzewa się zostawia, puszczyk ma się dobrze. W lasach gospodarczych, gdzie każde martwe drzewo jest szybko usuwane, traci dom. To jedna z wielu przyczyn, dla których rezerwaty ścisłe i parki narodowe są tak ważne – nie dla turystów, ale dla sów.

Sekrety pod stopami

Park ma ponad sto pięćdziesiąt gatunków porostów – organizmów, które są kombinacją grzyba i glonu (lub sinicy), rosnących na korze drzew, kamieniach i gołej ziemi. Porosty to doskonałe wskaźniki jakości powietrza – im czyściejsze powietrze, tym więcej gatunków. Bogactwo porostów w Wielkopolskim Parku Narodowym świadczy o tym, że mimo bliskości dużego miasta powietrze w parku jest zaskakująco czyste.

Na kamieniach i głazach narzutowych rosną też mchy – drobne, zielone poduszeczki, które przy bliższym oglądzie okazują się miniaturowymi lasami. Każda poduszka mchu to ekosystem w skali mikro, z własnymi mieszkańcami: roztoczami, skoczogonkami, nicieniami. Żeby je zobaczyć, trzeba się pochylić i patrzeć z bliska. Ale kiedy to zrobisz, park narodowy zmieni się z miejsca na spacer w miejsce pełne życia na każdym centymetrze kwadratowym.

Praktycznie

Park ma dziewięć płatnych parkingów. Najwygodniejszy dojazd – z Mosiny lub Puszczykowa, obie miejscowości leżą na linii kolejowej z Poznania. Ścieżki dydaktyczne są dobrze oznakowane, ale mniej uczęszczane odcinki bywają zarośnięte, zwłaszcza latem. Lornetka przyda się do obserwacji ptaków na bagnach. Aparat z makroobiektywem – do porostów i mchów. A najważniejsze narzędzie to cierpliwość. Bo w tym parku najciekawsze rzeczy dzieją się powoli, cicho i na drugim planie.

Wielkopolski Park Narodowy bywa traktowany jak młodszy brat wielkich parków – Białowieskiego, Tatrzańskiego, Bieszczadzkiego. Nie ma gór, nie ma żubrów, nie ma spektakularnych wodospadów. Ma za to coś, czego tamte parki nie mają: jest piętnaście minut od trzeciego co do wielkości miasta w Polsce. I właśnie dlatego zasługuje na to, żeby zejść ze szlaku – choćby wzrokiem – i zobaczyć, co naprawdę tu rośnie.