Obra i jej mokradła – tam, gdzie woda pisze zasady

Gdzieś między Kościanem a Zbąszyniem rzeka robi coś, czego żadna porządna rzeka robić nie powinna – rozdziela się na trzy ramiona i każde z nich płynie w inną stronę. To Obra, najdziwniejsza rzeka Wielkopolski, która od wieków wymyka się ludzkim planom.

Stoisz nad brzegiem gdzieś za Krzywiniem i nie wiesz, czy patrzysz na rzekę, kanał, czy mokradło. Trzciny sięgają ci powyżej głowy. Powietrze jest ciężkie od zapachu mięty wodnej i rozkładającej się materii organicznej – tego specyficznego, słodkawego odoru, który dla jednych jest obrzydliwy, a dla biologa pachnie jak laboratorium pełne życia. Gdzieś w trzcinach odzywa się bąk – głęboki, dudniący pomruk, jakby ktoś dmuchał w pustą butelkę. Nie zobaczysz go. Bąki nie lubią być widziane.

Obra zaczyna się niewinnie – jako strumień wypływający spod wsi Wałków niedaleko Koźmina Wielkopolskiego. Przez pierwsze kilometry zachowuje się jak normalna wielkopolska rzeczka: płynie sobie spokojnie na północny zachód, między łąkami i polami. Ale potem dociera do okolic Bonikowa i robi się naprawdę dziwnie. W miejscu zwanym Węzłem Bonikowskim rzeka rozgałęzia się na system kanałów – Mosiński, Północny, Południowy, Kościański – i każdy z nich ciągnie wodę w innym kierunku. Część wód trafia do Warty, część do Odry przez Obrzycę. Jedna rzeka, dwa morza. Hydrolodzy kręcą głowami, a turyści gubią się na mapach.

Rzeka, której Prusacy nie potrafili okiełznać

Ta hydrologiczna schizofrenia Obry nie jest przypadkiem natury, lecz efektem wielowiekowej walki człowieka z wodą – walki, którą człowiek przegrywał częściej, niż by chciał przyznać. Zanim zaczęto kopać kanały, Obra tworzyła ogromne rozlewiska, nazywane jeziorzyskami. Między Błockiem a Przemętem ciągnęły się na kilometry – mokre, niedostępne, bezużyteczne z punktu widzenia rolnictwa. Pruskie władze w końcu XVIII wieku postanowiły to zmienić. Między 1799 a 1806 rokiem przeprowadzono pierwsze prace melioracyjne. Kopano kanały, prostowano koryto, osuszano bagna. Chodziło o jedno: zyskać ziemię pod łąki i pastwiska.

Prace trwały dekadami. W 1850 roku przystąpiono do budowy Kanału Mosińskiego. Inspektor kanałowy Wernekinck w 1853 roku zrealizował projekt łączący Jezioro Oberskie z Kanałem Środkowym. Powstały wzorcowo zmeliorowane łąki i pastwiska. Na papierze wyglądało to pięknie. W terenie Obra robiła swoje – przy każdym większym deszczu wracała tam, skąd ją wygoniono. Woda ma dobrą pamięć.

Mokradła, które zniknęły – i te, które jeszcze oddychają

Dawne rozlewiska Obry to przykład zjawiska, które dotyka całą Polskę. Mokradła zajmowały niegdyś około 18 procent powierzchni kraju. Dziś prawie wszystkie straciły swoje funkcje ekosystemowe. Około 85 procent polskich torfowisk w wyniku melioracji przestało być torfowiskami w sensie biologicznym – zamiast pochłaniać dwutlenek węgla, zaczęły go emitować. To tak, jakby ktoś zamienił odkurzacz w dmuchawę.

Nad Obrą fragmenty mokradeł przetrwały – szczególnie na odcinku między Kopanicą a Skwierzyną, gdzie rzeka zachowała bardziej naturalny charakter. Płynie tam wśród olsów, łęgów, a miejscami nawet bagien i torfowisk, meandrując jak chce, nie jak inżynier narysował. Na tym odcinku Obra należy do Pszczewskiego Parku Krajobrazowego, a wzdłuż jej biegu ciągną się obszary Natura 2000. Tu woda wciąż pisze własne zasady.

Te resztki mokradeł pełnią funkcję, o której rzadko się mówi w codziennych rozmowach, ale która może decydować o tym, czy twoja piwnica będzie sucha po wiosennych roztopach. Mokradła działają jak gąbka – wchłaniają wodę podczas wezbrań i oddają ją powoli w czasie suszy. Hektar zdrowego torfowiska potrafi zmagazynować od trzech do pięciu tysięcy metrów sześciennych wody. Żaden sztuczny zbiornik retencyjny nie osiąga takiej efektywności w przeliczeniu na złotówkę.

Czapla, bóbr i krasnorost – mieszkańcy, którzy zostali

Na szlaku kajakowym Obry – tym popularnym, od Kopanicy do Skwierzyny – warto odłożyć wiosło i przez chwilę po prostu posiedzieć. Przy odrobinie cierpliwości zobaczy się czaplę siwą stojącą nieruchomo na jednej nodze, jakby medytowała. Na jeziorze Chobienieckim znajduje się wyspa będąca rezerwatem przyrody, chroniącym kolonię lęgową rzadkich gatunków ptaków. Wzdłuż brzegów widać ślady bobrów – podcięte pnie, tamy z gałęzi, stożkowate żeremia. Bobry wróciły nad Obrę po dziesięcioleciach nieobecności i z właściwą sobie determinacją przystąpiły do przebudowy krajobrazu. Ich tamy tworzą naturalne spiętrzenia, które spowalniają odpływ wody – robią dokładnie to, za co my płacimy miliony firmom inżynierskim.

W wodzie Obry żyją szczupaki, okonie i płocie. Na odcinkach o czystszej wodzie i szybszym nurcie można trafić na klenia. Ale prawdziwą perełką faunistyczną doliny Obry jest nie ryba ani ptak, lecz coś, co łatwo przeoczyć – bezkręgowce wodne. Jętki, chruściki, larwy ważek – ich obecność mówi biologom więcej o stanie rzeki niż jakikolwiek chemiczny test. Tam, gdzie żyją jętki, woda jest czysta. Tam, gdzie znikają – coś się zepsuło.

Na odcinku naturalnym za Kopanicą charakter roślinności zmienia się co kilkaset metrów. Olsy – podmokłe lasy olchowe o ciemnym, wilgotnym wnętrzu – sąsiadują z jasnymi łąkami, na których rosną kosaćce żółte i krwawnice pospolite. Między drzewami widać starorzecza – dawne zakola rzeki, odcięte od głównego koryta, które żyją własnym życiem: wiosną napełniają się wodą, latem zarastają rzęsą, jesienią stają się schronieniem dla migrujących ptaków. Żurawie przylatują tu we wrześniu – ich trąbiące głosy rozbrzmiewają nad mokradłami o zmierzchu jak zardzewiały alarm. Jeden żuraw to ciekawostka. Dwadzieścia żurawi tańczących na łące w porannej mgle to widok, który zmienia perspektywę.

Jeziora Zbąszyńskie – perły na sznurku rzeki

Na terenie Bruzdy Zbąszyńskiej Obra przechodzi przez łańcuch jezior, które dodają szlakowi kajakowemu zupełnie inny wymiar. Kopanickie, Wielkowiejskie, Chobienickie, Grójeckie, Nowowiejskie, Błędno – każde z innym charakterem, innym krajobrazem brzegowym, innym zestawem ptaków. To przejście z wąskiego, zacienionego koryta rzeki na otwarte lustro jeziora jest za każdym razem zaskakujące – jakby ktoś nagle odsunął ściany pokoju i odsłonił panoramę.

Na jeziorach obrzańskich, już w granicach Pszczewskiego Parku Krajobrazowego, krajobraz nabiera dzikości. Brzegi porasta szuwar – trzcinowiska, pałkowiska, zespoły sitowia – które tworzą naturalną strefę buforową między lądem a wodą. W szuwarze gniazdują perkozy dwuczube, łyski, wodniki i bączki – wszystkie w kategorii ptaków, które łatwiej usłyszeć niż zobaczyć. Bączek, najmniejsza europejska czapla, ma zaledwie trzydzieści centymetrów wzrostu i potrafi stać nieruchomo w trzcinach tak skutecznie, że przegapisz go nawet z odległości dwóch metrów.

Spływ Obrą – co musisz wiedzieć, zanim wsiądziesz do kajaka

Obra oferuje około 200 kilometrów szlaku kajakowego, jeśli policzyć wszystkie kanały i odcinki jeziorne. Nie trzeba płynąć całości – rzeka doskonale dzieli się na weekendowe odcinki. Najpopularniejsze trasy prowadzą z Krzywinia do Kościana (odcinek skanalizowany, łatwy, dobry na rozgrzewkę) oraz odcinki jeziorno-rzeczne od Kopanicy do Skwierzyny, które są przyrodniczo najciekawsze.

Ten drugi wariant to sześć do siedmiu dni na wodzie, ale można go kroić na kawałki. Odcinek Kopanica-Zbąszyń to dwa dni spokojnego paddlingu między jeziorami i lasami. Zbąszyń-Trzciel to kolejne dwa dni, z przepięknymi widokami na wydmy i bagna. Za Trzciele zaczyna się terytorium Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i krajobraz robi się dzikszy.

W Kościanie Obra opływa stare miasto ze wszystkich stron, tworząc dawną miejską fosę. Wyskoczenie z kajaka na lody lub obiad jest tu tak łatwe, że aż podejrzane – jakby rzeka chciała cię zatrzymać w tym spokojnym miasteczku na dłużej.

Szlak jest dobrze zagospodarowany. Nie ma problemu z noclegiem i zaopatrzeniem na popularnych odcinkach. Na trasie zdarzają się przenoski, ale są krótkie. Jedna uwaga: obwałowane kanały w górnym biegu mogą się wydawać monotonne. To cena za meliorację – prosta jak linijka woda między wałami nie pobudza wyobraźni. Ale wystarczy dopłynąć do odcinków naturalnych, żeby zrozumieć, czemu kajakarze wracają nad Obrę rok po roku.

Woda, która pamięta więcej niż my

Nad Obrą w okolicach Zbąszynia stoi pomnik kajakowy Karola Wojtyły. Przyszły papież płynął tędy kajakiem – był jednym z tysięcy, których ta rzeka niosła przez dziesięciolecia. Ale Obra pamięta nie tylko ludzi. Pamięta czasy, gdy zamiast kanałów były rozlewiska ciągnące się po horyzont. Pamięta bobry, które żyły tu na długo przed Prusakami z ich planami melioracyjnymi. Pamięta lasy łęgowe, które porastały jej brzegi, zanim zamieniono je na łąki.

Dzisiaj, gdy w całej Europie wraca moda na renaturyzację rzek, na przywracanie mokradeł, na pozwalanie wodzie, żeby płynęła tam, gdzie chce – Obra patrzy na to wszystko z lekką ironią rzeki, która nigdy do końca nie dała się ujarzmić. Jej system kanałów wygląda na mapie jak diagram szaleńca, ale w gruncie rzeczy jest dowodem na to, że woda zawsze znajdzie drogę. Pytanie brzmi, czy pozwolimy jej tę drogę wybrać, czy znowu będziemy kopać kanały i udawać, że to my tu rządzimy.

Jeśli chcesz to sprawdzić na własnej skórze – wsiądź w kajak gdzieś za Kopanicą, w maju albo we wrześniu, kiedy turystów jest mniej, a ptaków więcej. Płyń powoli. Odłóż telefon. Posłuchaj, co mówi woda.