Uroczysko Złotniki – las w mieście, którego nikt nie zna

Między osiedlem domów jednorodzinnych a ogrodzeniem poligonu wojskowego rośnie las, do którego nie prowadzi żaden szlak turystyczny. Nie ma go w przewodnikach, nie ma go na pocztówkach. Ale jest na mapach Lasów Państwowych i w pamięci garstki ludzi, którzy wchodzą tu regularnie – z psem, z koszem na grzyby albo po prostu z potrzebą ciszy.

Złotniki to miejscowość w gminie Suchy Las, kilka kilometrów na północ od granicy Poznania. Na pierwszy rzut oka – typowe suburbia: nowe domy, ścieżki rowerowe, stacja kolejowa, przedszkole. Ale wystarczy przejść kilkaset metrów na wschód od zabudowań, w stronę granicy Obszaru Chronionego Krajobrazu Biedrusko, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie. Las zaczyna się nagle, bez przejścia. Jedna chwila jesteś na chodniku, następna – między sosnami, na miękkiej ściółce, w ciszy, którą przerywa tylko sikorka i odległy szczek psa.

Na krawędzi dwóch światów

To, co czyni uroczysko wokół Złotnik wyjątkowym, to jego położenie. Z jednej strony – rozrastające się osiedla poznańskiej aglomeracji, z drugiej – teren poligonu wojskowego Biedrusko, zamknięty dla cywilów, jeden z najcenniejszych przyrodniczo obszarów Wielkopolski. Las przy Złotnikach to strefa buforowa między tymi dwoma światami. Granica poligonu biegnie tu wzdłuż ogrodzenia i szlabanów, za którymi rozciągają się tysiące hektarów praktycznie nienaruszonej przyrody.

Poligon Biedrusko funkcjonuje od czasów niemieckich, a po wojnie przejęło go wojsko polskie. Paradoks polega na tym, że dziesiątki lat ćwiczeń wojskowych paradoksalnie ochroniły ten teren przed czymś gorszym – zabudową, melioracją, intensywnym rolnictwem. Za płotem garnizonu kwitnie przyroda, jakiej w okolicach Poznania dawno nie ma: rozległe łąki trzęślicowe z pełnikiem europejskim i goryczką błotną, starorzecza Warty porośnięte szuwarami, lasy dębowo-sosnowe z populacjami dużych ssaków. Obszar Natura 2000 „Biedrusko” to jeden z najcenniejszych terenów ochronionych w regionie.

Las, który wchodzisz bokiem

Uroczysko dostępne od strony Złotnik to fragment tych zasobów – mniejszy, bardziej penetrowany przez ludzi, ale wciąż zaskakująco dziki. Nie ma tu wytyczonych szlaków pieszych, nie ma tablic edukacyjnych, nie ma parkingu z mapą. Są za to ścieżki wydeptane przez mieszkańców okolicznych osiedli – wąskie, meandrujące między sosnami i brzozami, prowadzące do bezimiennych polanek i podmokłych zagłębień.

Drzewostan jest mieszany: sosna pospolita dominuje na suchszych wzniesieniach, w obniżeniach rosną dęby i brzozy, a na skraju podmokłych łąk – olchy z ich charakterystycznymi, szyszkowatymi owocami. Wiek drzew jest zróżnicowany – obok siedemdziesięcioletnich sosen stoją młode samosiejki, a tu i ówdzie sterczy martwy pień, pokryty hubami i porostami. Martwe drewno to nie bałagan, to hotel dla owadów, grzybów i ptaków dziuplaków. Jeden martwy dąb może być domem dla kilkudziesięciu gatunków bezkręgowców.

Mieszkańcy na krawędzi

Las przy Złotnikach jest domem dla zwierząt, które nauczyły się żyć na granicy miasta i dzikiej przyrody. Lisy widuje się tu regularnie – wyłaniają się z zarośli o zmierzchu, przechodzą przez ścieżki bez pośpiechu, jakby wiedziały, że tu nikt na nie nie poluje. Sarny pasą się na skraju pól, zaraz za ostatnimi domami. Dziki ryją w ściółce, zostawiając po sobie charakterystyczne, poorane fragmenty podłoża.

Ale prawdziwą ciekawostką są gatunki, których nie spodziewasz się tak blisko miasta. Rezerwat przyrody Gogulec, przylegający do obszaru chronionego krajobrazu Biedrusko od strony zachodniej, chroni jezioro i torfowisko przejściowe ze stanowiskiem rosiczki okrągłolistnej – mięsożernej rośliny, która łapie owady na lepkie włoski swoich liści. Długosz królewski, paproć o liściach sięgających metra długości, rośnie tu w podmokłych zaroślach. Żmija zygzakowata, czajka, padalec – to wszystko gatunki, które żyją na obrzeżach lasu, dosłownie rzut kamieniem od nowych osiedli.

Grzyby na zapleczu cywilizacji

Jesienią uroczysko przy Złotnikach zmienia charakter. Z miejsca spokojnych spacerów staje się terenem łowieckim – tyle że łowi się tu nie zwierzynę, a grzyby. Okoliczni mieszkańcy wiedzą, że w tutejszych borach sosnowych rosną maślaki i kanie, a w wilgotniejszych fragmentach – podgrzybki i koźlarze. To grzybobranie na dwadzieścia minut od centrum miasta – nie trzeba jechać do Puszczy Noteckiej ani szukać tajnych leśnych dróg. Wystarczy wyjść z domu i przejść kilkaset metrów.

Grzyby to zresztą dobry wskaźnik stanu zdrowia lasu. Tam, gdzie jest dużo gatunków grzybów mykoryzowych – czyli takich, które tworzą symbiozę z korzeniami drzew – las jest zdrowy. Tam, gdzie dominują saprofity rozkładające martwe drewno, las się starzeje i odnawia. W uroczysku koło Złotnik spotkasz jedne i drugie, co sugeruje, że ten las, mimo bliskości zabudowy, wciąż funkcjonuje jako żywy ekosystem.

Dolina Samicy – mokry kręgosłup

Przez okolice Złotnik przepływa Samica – niewielki ciek wodny, który odwadnia tereny na północ od Poznania. Jej dolina, choć wąska i niepozorna, jest osią ekologiczną tego fragmentu krajobrazu. Wzdłuż Samicy ciągną się podmokłe łąki, zarośla wierzbowe i fragmenty łęgów. Wiosną te tereny są podtopione, a w niskich partiach stoi woda po kostki. Latem wysychają, ale gleba pozostaje wilgotna i żyzna.

To właśnie wzdłuż Samicy przebiega jedno z ciekawszych połączeń ekologicznych w aglomeracji poznańskiej – korytarz łączący tereny leśne na północy (Puszcza Zielonka, Biedrusko) z terenami zielonymi w mieście. Ptaki, nietoperze i drobne ssaki wykorzystują dolinę Samicy jako autostradę, przemieszczając się między fragmentami zieleni w urbanistycznym krajobrazie.

Zagrożenia codzienne

Las przy Złotnikach jest pod presją. Nowe osiedla rosną, drogi się poszerzają, teren się kurczy. Każdy nowy dom jednorodzinny zbudowany na skraju lasu to kawałek siedliska mniej – i kawałek spokoju mniej dla zwierząt, które tu żyją. Światło z okien domów zakłóca nocne polowania nietoperzy. Koty domowe – a jest ich tu niemało – polują na ptaki gniazdujące na ziemi. Psy puszczone luzem płoszą sarny i dziki.

Nie chodzi o to, żeby ludzie tu nie mieszkali – to byłoby absurdalne. Chodzi o to, żeby wiedzieli, co mają za płotem. Bo wiedza zmienia zachowanie. Kto wie, że w zaroślach za ogrodem gniazduje dziwonia, ten nie wycina tych zarośli w maju. Kto wie, że nocą nad stawem latają nocki rude, ten nie stawia lampy z czujnikiem ruchu skierowanej prosto na wodę. Małe rzeczy. Ale sumują się.

Jak zwiedzić uroczysko

Do Złotnik dojedziesz z Poznania autobusem lub szynobusem – stacja kolejowa jest tuż przy osiedlu. Stamtąd idź na wschód, w stronę granicy poligonu. Ścieżki zaczynają się za ostatnimi zabudowaniami. Najlepszą porą na spacer jest wczesny ranek lub późne popołudnie – wtedy zwierzęta są najbardziej aktywne, a ludzi jest najmniej. Wiosną szukaj zawilców i przylaszczek. Jesienią – grzybów. Zimą – tropów na śniegu, które opowiadają historię nocnej aktywności lisa, kuny czy sarny.

Nie próbuj wchodzić za ogrodzenie poligonu – to nie tylko nielegalne, ale realnie niebezpieczne. W ziemi leżą niewybuchy z dekad ćwiczeń wojskowych. Las po tej stronie płotu jest wystarczająco ciekawy. Trzeba tylko zejść ze ścieżki rowerowej i rozejrzeć się uważniej niż zwykle.

Uroczysko przy Złotnikach nie jest parkiem narodowym. Nie jest nawet rezerwatem. To po prostu las – kawałek dzikiej przyrody, który wcisnął się między nowe osiedla a militarną strefę zamkniętą. I właśnie dlatego jest ważny. Bo pokazuje, że przyroda nie potrzebuje spektakularnych dekoracji. Potrzebuje tylko, żeby ktoś nie wyciął ostatnich drzew.