Placki ziemniaczane babci – zero food miles, sto procent smaku

Tłuszcz skwierczy na żeliwnej patelni, a na kuchenny blat spływa cieniutki strumyczek soku z tartych ziemniaków. Babcia stoi przy kuchence w fartuchu, który pamięta czasy, kiedy ten dom miał jeszcze piec kaflowy, i nakłada kolejną porcję ciasta na rozgrzany smalec. Zapach jest tak gęsty, że można by go kroić nożem – ziemniaczany, cebulowy, z ostrą nutą smalcu i czymś, co pachnie po prostu sobotą.

Placki ziemniaczane nie potrzebują przepisu. Każda babcia w Polsce zna je na pamięć, a każda robi je trochę inaczej – jedne grubsze, drugie cienkie jak papier, jedne z cebulą, drugie z mąką, a jeszcze inne z jajkiem wbijanym prosto w miskę tartych kartofli. To danie, które nie ma rodowodu arystokratycznego, nie zostało wymyślone przez żadnego szefa kuchni i nigdy nie potrzebowało przepisu kulinarnego, żeby przetrwać. Przetrwało, bo jest dobre, tanie i zrobione z tego, co jest pod ręką. A pod ręką w Polsce zawsze były ziemniaki.

Pyrlandia – kraina, w której ziemniak jest królem

Wielkopolskę nie bez powodu nazywa się Pyrlandią. „Pyry„ – tak tutaj mówi się na ziemniaki, a jedna z hipotez etymologicznych łączy tę nazwę z Peru, skąd ziemniaki przybyły do Europy. Inna mówi o „pyrkaniu” – odgłosie, jaki wydają gotujące się bulwy. Bez względu na pochodzenie słowa, znaczenie jest jedno: w Wielkopolsce ziemniak to nie warzywo, to tożsamość.

Pierwsze ziemniaki na ziemiach polskich pojawiły się na przełomie XVII i XVIII wieku. Pierwsza udokumentowana wzmianka o uprawie kartofli na terenie dzisiejszej Polski pochodzi z 1569 roku – z wrocławskiego ogrodu botanicznego. Przez długi czas traktowano je jako egzotyczną roślinę ozdobną, a nawet „zamorskie lekarstwo„. Na dobre upowszechniły się dopiero w XIX stuleciu, głównie za sprawą osadników niemieckich i nakazów pruskich władz. Król Fryderyk II Wielki w 1765 roku wydał zarządzenie nakazujące uprawę ziemniaków. Chłopi byli oporni – przekonał ich dopiero sprytny chwyt: ziemniaczane plantacje królewskie były ostentacyjnie strzeżone przez żołnierzy, co wzbudziło ciekawość i chęć „kradzieży” tego tajemniczego warzywa.

Gdy wreszcie Polacy przekonali się do kartofli, nie było już odwrotu. Ziemniak okazał się idealny: łatwy w uprawie, mało wymagający, plenny, łatwy do przechowywania przez miesiące w spichlerzach i spiżarniach. W połowie XIX wieku był już podstawą wyżywienia ludności wiejskiej i jednym z najważniejszych składników pasz dla zwierząt. Jego uniwersalność sprawiła, że stał się fundamentem polskiej kuchni – od prostych pyr z gzikiem po eleganckie krokiety, od placków ziemniaczanych po kluski śląskie.

Zero food miles – co to znaczy naprawdę

„Food miles„ to odległość, jaką jedzenie pokonuje od miejsca produkcji do talerza. Średnio żywność podróżuje nawet 1500 mil zanim trafi na nasz stół. Każdy kilometr to paliwo, emisje CO₂, opakowania, łańcuchy chłodnicze, sortownie, centra dystrybucji. W przypadku warzyw importowanych dochodzi jeszcze konieczność wcześniejszego zbioru (żeby dojrzały w transporcie) i specjalnych odmian wyhodowanych pod kątem wytrzymałości na transport, a nie smaku.

Ziemniaki w Polsce mają najkrótsze food miles ze wszystkich warzyw. Polska plasuje się w czołówce europejskich producentów tego warzywa. Wielkopolska jest uznawana za centrum uprawy – gospodarstwa specjalizują się tu zarówno w odmianach jadalnych, jak i przemysłowych. Kupując ziemniaki na lokalnym targu albo od rolnika z okolicznej wsi, skracasz łańcuch dostaw do absolutnego minimum – od pola do kuchni, najdalej kilkanaście kilometrów. W wielu przypadkach – kilkaset metrów, jeśli masz własny ogródek.

I tu pojawia się piękno placków ziemniaczanych. To danie o prawie zerowych food miles nie dlatego, że ktoś tak je zaprojektował, lecz dlatego, że powstało w czasach, gdy ludzie jedli to, co rosło wokół nich. Ziemniaki z pola za domem. Cebula z grządki. Jajko od kury z podwórka. Smalec z własnego uboju. Mąka z lokalnego młyna. Żaden z tych składników nie musiał nigdzie „podróżować” – był tu, gdzie jego właściciel.

Ziemniak kontra awokado – nierówna walka

Porównajmy ziemniaka z awokado – jednym z najpopularniejszych superfoods ostatnich lat. Awokado importowane do Polski pochodzi głównie z Meksyku, Peru, Chile lub Hiszpanii. Pokonuje tysiące kilometrów w transporcie chłodniczym. Jego uprawa wymaga ogromnych ilości wody – szacuje się, że wyprodukowanie jednego awokado pochłania około 320 litrów wody. W regionach upraw, takich jak Michoacán w Meksyku, masowa produkcja awokado prowadzi do wylesiania, konfliktów o wodę i degradacji ekosystemów.

Ziemniak? Rośnie w polskim klimacie bez sztucznego nawadniania – deszcz wystarczy. Nie wymaga ogrzewanych szklarni. Przechowuje się przez miesiące w piwnicy bez lodówki. Wytwarza mniej emisji CO₂ na kilogram niż prawie każde inne warzywo importowane. Ziemniaki uprawiane w Polsce – na przykład w Wielkopolsce, na Kujawach czy na Mazowszu – nie muszą pokonywać oceanu, żeby trafić na twój talerz. I pod względem wartości odżywczych wcale nie są gorsze: dostarczają potasu, witaminy C, błonnika i węglowodanów złożonych.

Przepis babci – ten jedyny właściwy

Nie ma jednego „właściwego” przepisu na placki ziemniaczane, ale jest zestaw zasad, które odróżniają placek dobry od przeciętnego.

Składniki (ok. 12-15 placków):

  • 1 kg ziemniaków (najlepiej odmiana o dużej zawartości skrobi)
  • 1 średnia cebula
  • 1 jajko
  • 2-3 łyżki mąki pszennej lub ziemniaczanej
  • sól, pieprz
  • smalec lub olej rzepakowy do smażenia

Przygotowanie:

Ziemniaki obierz i zetrzyj na tarce o drobnych oczkach (albo na tarce szklano-metalowej, jeśli masz taką po babci – daje najlepszą konsystencję). Cebulę zetrzyj razem z nimi – sok z cebuli spowalnia ciemnienie ziemniaków i dodaje smaku. Odciśnij nadmiar soku z tartej masy przez ściereczkę lub gazę – to kluczowy krok. Im mniej wody, tym bardziej chrupiący placek. Sok zachowaj: po kilku minutach na dnie osadzi się biała skrobia. Odlej wodę, a skrobię dodaj z powrotem do masy.

Do odciśniętej masy dodaj jajko, mąkę, sól i pieprz. Wymieszaj. Konsystencja powinna być gęsta, ale dająca się nałożyć łyżką.

Na żeliwnej patelni (absolutnie najlepsza do placków) rozgrzej smalec – warstwa tłuszczu powinna mieć około 3-4 milimetry. Nakładaj ciasto łyżką, formując cienkie placki. Smaż na średnim ogniu 3-4 minuty z każdej strony, aż będą złotobrązowe i chrupiące na brzegach, a miękkie w środku.

Podawaj natychmiast – z kwaśną śmietaną, z cukrem, z gulaszem, z sosem grzybowym albo po prostu same, gorące, prosto z patelni. Nie ma złej odpowiedzi.

Tłuszcz, który nie podróżuje

Smalec do smażenia placków to kolejny składnik o zerowych food miles – jeśli pochodzi od lokalnego hodowcy. Polskie rolnictwo wciąż produkuje smalec tradycyjną metodą – z topionego tłuszczu wieprzowego, często ze skwarkami i cebulą. To tłuszcz, który znosi wysokie temperatury (punkt dymienia 190°C), więc nadaje się do głębokiego smażenia, i który nadaje plackom ten charakterystyczny, niemożliwy do podrobienia smak. Alternatywa – olej rzepakowy – też jest ekologicznie dobra, bo Polska jest jednym z największych producentów rzepaku w Europie. Olej kokosowy czy oliwa z oliwek wymagają importu z tysięcy kilometrów.

Sto procent smaku, zero pretensji

Placki ziemniaczane babci nie mają ambitnego CV. Nie były w żadnej restauracji z gwiazdką, nie pojawiły się na okładce żadnego magazynu kulinarnego, nie mają hashtagów ani efektownych zdjęć na portalach społecznościowych. Ale mają coś, czego nie ma żadne modne danie – autentyczność wynikającą z pokoleń praktyki. Są takie same od stu lat, bo nie trzeba ich zmieniać. Są lokalne nie z ideologii, lecz z natury. Są ekologiczne nie z certyfikatu, lecz z tradycji.

Następnym razem, kiedy będziesz stać w sklepie i zastanawiać się, co kupić na obiad – pomyśl o kilogramie ziemniaków. Polskich, z pola za miastem, w papierowej torebce lub luzem. Do nich cebula, jajko, łyżka mąki i kawałek smalcu. Cały obiad zmieści się w jednej reklamówce – a raczej w jednej siatce na zakupy, bo reklamówki to temat na inny artykuł. I będzie smakował dokładnie tak, jak u babci. Bez food miles, bez śladu węglowego, bez wyrzutów sumienia. Za to z chrupiącymi brzegami i miękkim środkiem, ze śmietaną spływającą po krawędzi talerza i z tym zapachem, który jest synonimem domu.